Kochasz wodę? Pokochasz wodoodporne telefony
Piękna pogoda coraz częściej daje o sobie znać, a więc rośnie chęć do wypłynięcia. Wsiadając na jacht, należy pamiętać o wielu rzeczach, szczególnie jeśli chodzi o bezpieczeństwo pasażerów. O bezpieczeństwie warto pamiętać także w kontekście urządzeń osobistych, szczególnie telefonów komórkowych, które lubią wyślizgiwać się z kieszeni w mniejsze lub większe zbiorniki wodne. Poniżej opis trzech wybranych modeli wodoodpornych. Read the rest of this entry »
Sława, Jacht Klub „Chalkos”
Nie każdy wilk morski ma szczęście urodzić się i mieszkać na Mazurach. Dla tych bardziej pechowych prezentujemy malowniczą Sławę w województwie lubuskim – 2 godziny drogi z Wrocławia i 2,5 od Poznania.
Sława to typowe miasteczko wypoczynkowe o populacji nieprzekraczającej 4 tysięcy osób. Jej głównym atutem jest położenie nad Jeziorem Sławskim. Czysta woda, piaszczysta, szeroka plaża i urokliwe drewniane pomosty przyciągają rzesze spragnionych wypoczynku turystów, na których czekają liczne pola namiotowe i ośrodki wypoczynkowe. Wśród nich wyróżnia się Jacht Klub Zagłębia Miedziowego „Chalkos”.
Ośrodek oferuje swoim gościom nie tylko niedrogie noclegi w pokojach z widokiem na piękną zatokę z kejami czy możliwość rozpalenia ogniska nad brzegiem jeziora. Smakowitymi zapachami kusi prawdziwie piracka tawerna, gdzie można w spokoju zjeść porządny obiad, a wieczorem pobujać się na wieczorku tanecznym. Tym, co najbardziej interesuje wilków morskich jest jednak wypożyczalnia sprzętu żeglarskiego, oferująca także usługi konserwacji i remontu sprzętu pływającego oraz zimowanie łodzi i jachtów. W sezonie „Chalkos” organizuje zaś regaty żeglarskie i kursy szkoleniowe. Jest to idealne miejsce na aktywny odpoczynek z dala od zgiełku.
Mazurskie okoliczności portowe odcinek 3 – rozrywki.
Ujmując temat z innej strony – jeśli już podstawowe potrzeby mamy z głowy, można pomyśleć choćby o rozrywce. Tutaj Mazury oferują dość zróżnicowaną ofertę -nie jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na własne zdolności muzyczne i kiszenie się w sosie załogowym co wieczór. Miasta i miasteczka portowe dają wiele możliwości.
Podstawową formą rozrywki kultywowaną przez brać żeglującą na Mazurach jest wycieczka do tawerny, na piwo lub coś mocniejszego, na ogół łączona z zaspokajaniem głodu. Inna, równie popularna, zwłaszcza po rozgrzewce tawernianej, to wyjście do klubu, na tańce. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że w sezonie wakacyjnym chętnych do zabawy nie brakuje!
Współcześni żeglarze mają mnóstwo możliwości urozmaicenia sobie rejsu. Do mniej knajpianych można zaliczyć wyjście na kręgle, cymbergaja czy bilard. Miejsc i form rozrywki jest naprawdę sporo.
Z roku na rok, Mazury przygotowują coraz bogatszą ofertę kulturalną. Niemal każdy większy port kusi żeglarzy: a to koncertami, a to festiwalami szantowymi. Odbywa się mnóstwo wydarzeń tego typu, mniej czy bardziej związanych z żeglarstwem.
Także pasjonaci historii nie wrócą z Mazur rozczarowani. Choćby w Giżycku do zwiedzenia jest Twierdza Boyen – pruski fort w zachodniej części Giżycka otoczony ponad dwukilometrowym murem w kształcie gwiazdy. Tu właśnie, w amfiteatrze położonym w środku fortu, odbywają się liczne imprezy i koncerty. Inną atrakcją są zachowane na Mazurach zamki krzyżackie m.in. w Giżycku, Barcianach, Kętrzynie, Reszelu, Rynie i Węgorzewie.
Osoby chcące zanurzyć się w okres II wojny światowej wprost nie mogą przegapić Kwatery Hitlera w Gierłoży – Wilczego Szańca. W 1940 roku ulokowano tam naczelne dowództwo sił zbrojnych III Rzeszy. Ten obiekt zdecydowanie warto uwzględnić w planie rejsu po północnych Mazurach.
Jak widać Mazury oferują ogromną ilość atrakcji. Chociaż podstawową atrakcją Mazur są wyjątkowe okoliczności przyrody, warto uwzględnić też inne atuty tego terenu. Dobrze zaplanowany rejs, nawet jeśli będzie rejsem z rodziną, dostarczy wielu wrażeń absolutnie każdemu – niezależnie od zainteresowań, płci, czy wieku.
Mazurskie okoliczności portowe odcinek 2 – zakupy.
Praktycznie w każdym porcie, a nawet w miejscach, w których teoretycznie nocuje się „na dziko”, przy prowizorycznie zorganizowanej kei, możemy liczyć na zrobienie zakupów „na miejscu”. Nie będzie problemu z zakupem produktów pierwszej potrzeby dla każdego jachtersa – piwo i papierosy kupimy praktycznie w każdym miejscu. Osobną kwestią, a w końcu dla wielu osób wybierających Mazury na wakacje kluczową, będzie to, ile na te zakupy wydamy.
Jeśli zadbaliśmy już o czarter jachtu, dojazd i zaplanowaliśmy trasę, należy zająć się strategią zakupów, przede wszystkim tych żywnościowych. Przede wszystkim należy się zastanowić, ile zamierzamy wydać na jedzenie w skali rejsu. Nawet przy bardzo skromnym budżecie (~50zł/osobę na cały tydzień) jesteśmy w stanie komfortowo przeżyć. Polecam zaopatrywanie się w sklepach sieci Biedronka. Niezmotoryzowanym załogom polecam bądź czarterowanie jachtów w większych miastach portowych (np. Giżycko), gdzie, od razu przy zaokrętowaniu, możemy przejść się całą załogą, po zapasy na cały rejs. Zmotoryzowani mogą stworzyć wspólną listę i zaoszczędzić na czasie potrzebnym na zaokrętowanie delegując na zakupy tylko kilka osób. Warto wtedy rozważyć wariant zaopatrzenia w większym hipermarkecie – zwłaszcza, jeśli nie mamy zaufania do produktów z popularnego dyskontu.
Moje doświadczenie pokazuje, że ze zwykłej konserwy turystycznej jaką tam można kupić (a w niskiej cenie dostaniemy już taką konserwę, która ma 82% mięsa!), nawet przeciętny kucharz jest w stanie wyczarować przepyszny obiad, np. w sosie piwnym. Oczywiście, tego typu produkty doskonale sprawdzają się też jeśli chcemy zrobić sobie śniadanie czy kolację.
Warto też zaopatrzyć się w ekonomiczne paczki ryżu, makaronu, serki do smarowania pieczywa. Chrupkie pieczywo zdaje się być obowiązkową pozycją w menu, jeśli zamierzamy szerokim łukiem omijać większe porty. Do picia – obowiązkowo duże ilości wody, ewentualnie soki. Jeśli załoganci lubią piwo, warto również zaopatrzyć się w jego większą ilość przy okazji zakupów w większych portach – w innym wypadku nawet w byle budce, za piwo z najzwyklejszej butelki na świecie zapłacimy co najmniej 5 zł.
Co nie powinno nikogo zdziwić, najdroższą i – choć nie zawsze – najbardziej luksusową wersją wyżywienia jest jedzenie w barach i restauracjach. Przykład wyżywienia pokazuje, że wakacje na Mazurach są na absolutnie każdą kieszeń. Jeśli zawczasu nie zadbamy o elementarne zaopatrzenie kambuza, skazujemy się na płacenie nawet dwu czy trzykrotnej wartości produktu, w zwykłym, lokalnym sklepie. W ostateczności, rejs można przeżyć „na sępa”
.
Dlaczego żeglarzy męczy choroba morska?
W poprzednim pojawiło się tu kilka anegdot związanych z chorobą morską. Dzisiaj chcę przybliżyć Czytelnikom, skąd w ogóle bierze się ta męcząca choroba.
Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że choroba morska jest jedną z chorób lokomocyjnych. Podstawowym czynnikiem wywołującym tę dolegliwość jest niezgodności bodźców (głównie wzrokowych) z tym, co rejestruje błędnik. Najłatwiej stać się jej ofiarą będąc pod pokładem. Z własnego doświadczenia mogę dodać, że nawet najtwardszym zawodnikom trudno jest wygrać z nudnościami, kiedy przychodzi do aktywności w kambuzie. Mózg wtedy zostaje totalnie skołowany – pod pokładem wszystko jest tak samo, jakby bez ruchu, a jednak błędnik rejestruje kołysanie, które interpretuje jako przesuwanie się.
Jeśli choroba morska dopada kogoś pływającego po Mazurach, wcale nie trzeba od razu spływać do brzegu. Najlepiej dać choremu rumpel do ręki. Sternik zawsze jest najmniej podatny na chorobę morską, bo wie mniej więcej dokąd zmierza łódka – doświadczenia wzrokowe bardziej niż u pozostałych załogantów pokrywają się z kierunkiem ruchu, jaki rejestruje jego błędnik. Poza tym doświadczenie pokazuje, że im więcej jest do roboty na jachcie, tym mniej chorych. Zdecydowanym sprzymierzeńcem tej zarazy jest więc… nuda! Na przeróżnych żeglarskich stronach internetowych można spotkać też inne teorie związane z przyczynami choroby morskiej. Najciekawsza z nich mówi, że chorobę można wywołać… nieprawidłową dietą! Zważywszy na to, że tej uciążliwej dolegliwości sprzyjają menstruacja, czy ciąża, łatwo można powiązać to z poziomem wrażliwości żołądka – dlatego ja w tę teorię wierzę i zachęcam do stosowania specjalnej diety żeglarskiej w trakcie rejsów. Ku rozczarowaniu co niektórych, nie mówię tu o diecie opartej na nektarze bogów, znanym też pod nazwą rum;).
W mojej opinii, szczególnie początkującym żeglarzom sprawy nie ułatwiają bardziej zaprawieni w bojach, którzy do znudzenia poruszają temat i wałkują go z każdej możliwej strony, rozwlekając się na temat każdej dziury w ciele człowieka, która może mu utrudnić w trakcie rejsu życie
.
Na koniec warto zauważyć, że współczesna medycyna zwraca uwagę na niebezpieczeństwo wycieńczenia organizmu i dalszych tego konsekwencji, jeśli nie zastosuje się diety bogatszej w witaminę C i magnez, kiedy już wystąpią dolegliwości związane z chorobą. Skądinąd, w niektórych wypadkach ustępują one dopiero wraz z końcem rejsu… Temat postaram się rozwinąć w przyszłości, słowo!
.
Morskie opowieści i… choroba.
Nawet żeglarzy śródlądowych, zwanych gdzieniegdzie jachtersami, nęcą czasem morskie opowieści.
Dzisiaj będziemy krążyć wokół hasła: choroba morska. Każdy, nawet najmłodszy żeglarz, ba! Nawet ten, który jeszcze jej nie doświadczył, coś już o niej wie. Choćby to, że, niestety, zalicza się do grupy męczących i czepliwych przypadłości. Co gorsza, doświadczenie pokazuje, że, wcześniej czy później, dopadnie każdego żeglarza.
Choroby morskiej nie interesuje ani płeć, ani wiek, ani nawet z kim ofiara chodzi do łóżka
. Bez znaczenia pozostają też ilość wypływanych godzin, a nawet… wielkość jachtu i rodzaj akwenu, na którym pływamy! Znane i opisane są już nawet przypadki cierpienia na chorobę morską na Mazurach – niezależnie od stopnia zaawansowania imprezy noc wcześniej
.
Na początek, dla podtrzymania tezy, która mówi o tym, że doświadczenie nas nie ochroni, chcę Wam opowiedzieć historię mojego znajomego. Otóż jest on żywym przykładem tego, że można być prawdziwym wilkiem pełnomorskim, przeżyć najgorsze sztormy bez jakichkolwiek dolegliwości i dopiero wtedy znaleźć „swoją falę”. Okazuje się, że znajomy będąc już doświadczonym kapitanem miał okazję płynąć promem do Szwecji. Stan morza: totalna flauta. Stan znajomego: całonocna rozmowa z toaletą. Twierdzi, że się niczym nie struł i nie mam najmniejszych podstaw do tego, żeby mu nie wierzyć
.
Z Mazurskiego podwórka znane są mi wprost przeciwne przypadki. Ostrzejsze warunki, szczególnie kiedy pojawiają się krótkie, dość wysokie fale, gwarantują bądź komplet w marinie, bądź urocze obrazki rodem z marnych pocztówek, na których można dostrzec „zmulonych” załogantów na pokładzie, nierzadko wystających strategiczną częścią ciała za burtę
.
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że ci, którzy nie chorują w trakcie rejsu, mają równie przerąbane co ci „niedysponowani”. Opieka nad chorymi i pełnienie obowiązków, nierzadko nawet ¾ załogi dają hiper wycisk! Dlatego warto pamiętać, aby podziękować tym, którzy są odporni na bujanie.
O szantach słów kilka.
Nie podlega najmniejszym wątpliwościom, że muzyka jest nierozerwalnie związana z żeglarstwem. Dzisiejszą notkę dedykuję przede wszystkim osobom, które zaczynają swoją przygodę z kulturą żeglarską, choć wierzę, że i dla tych, którzy jeżdżą na Mazury od pewnego czasu niektóre informacje mogą być cenne
.
Oryginalne szanty, to pieśni wykonywane przez załogi dużych żaglowców w XVIII i XIX wieku. Miały pomóc zsynchronizować pracę załogantów, szczególnie gdy jakaś czynność wymagała ogromnej siły użytej w jednym momencie. Nietrudno sobie wyobrazić, że nieraz załoganci urozmaicali sobie śpiewaniem tzw. „psie wachty” (współcześni żeglarze mówią tak na wachtę od 24.00 do 4.00) lub inne monotonne i długotrwałe zajęcia.
Ciekawostką jest, że istnieje klasyfikacja szant uzależniona od ich tempa, podziałów rytmicznych i akcentów! Wyobrażacie sobie, że mówi się „szanta fałowa”, „szanta kabestanowa” ?:)
Współcześnie znaczna część braci żeglarskiej nie zdaje sobie sprawy z tych faktów. Tak jak i z tego, że większość dzisiejszych „szant” kiedyś zaklasyfikowałoby się co najwyżej do kategorii „pieśni kubryku”, a w istocie powinno być określane mianem piosenki żeglarskiej, czy wręcz poetyckiej ballady marynistycznej. W końcu klasyczne szanty słynęły z ogromnej sprośności, dwuznaczności wynikłej z nazywania osprzętu żaglowca imionami kobiet, najczęściej tych poznanych w portach (ciągnij Lilly małą, za fał! w „Hej, ciągnij Lilly!” – Mechanicy Shanty)… Tymczasem w Polsce coraz intensywniej rozwija się nurt tzw. „babskiej szanty” :). Powyższe umniejsza ogromnej przyjemności, jakiej dostarcza słuchanie współczesnych wykonawców, ludziom zakochanym w kulturze żeglarskiej.
Warto zapamiętać te kilka informacji. Z pewnością, choćby i przy najbliższym rejsie, będziemy mogli zabłysnąć wiedzą na temat kultury żeglarskiej.
Mazurskie okoliczności portowe, odcinek 1.
Rzeczywiście, Mazury dostarczają nam, żeglarzom, wyjątkowych doznań estetycznych. Wyjątkowa flora i fauna nie ustępują temu, co możemy spotkać za granicą. Jednak nie okolicznościom przyrody chcę poświęcić ten wpis, a okolicznościom portowym.
W końcu, jak mówi teoria potrzeb Maslowa, abyśmy mogli zacząć myśleć o rzeczach wznioślejszych, czyli np. docenić wyjątkową aurę Mazur, najpierw musimy zadbać o zaspokojenie elementarnych potrzeb fizjologicznych. Tutaj zaczynają się schody. W większości mazurskich portów, w których zdarzyło mi się cumować, zarządcy ciągle kuszą żeglarzy niskimi opłatami portowymi, które potem rekompensują sobie „drobnymi” na toaletę. Stąd, planując rejs, warto sobie przekalkulować, czy nie lepiej, zamiast zasilać kabzy właścicieli portów, po prostu zapłacić parę złotych więcej za jacht z toaletą chemiczną.
Można jednak nastawić się na porty, w których zasady płatności będą bardziej przejrzyste. W tym roku szalenie pozytywnie zaskoczył mnie Sztynort – mekka szantymenów, miejsce w którym do tej pory trudno było znaleźć czystą przestrzeń w krzakach dookoła portu. Zarządca portu najwyraźniej poszedł po rozum do głowy i wreszcie ryczałtem z góry, w cenie postoju ujęto korzystanie z toalet i umywalek. Brawo! Dzięki tej decyzji, po raz pierwszy moja załoga nie narażała się na ból pęcherza w trakcie imprezy a rano nad portem nie unosił się specyficzny zapach przypominający o hektolitrach płynów spożytych przez nocujących tam żeglarzy. Tam na pewno będę wracać!
Podsumowując: w wielu portach toaleta to w dalszym ciągu luksus dostępny dla osób o zasobnym portfelu lub pojemnym pęcherzu. Na szczęście coraz więcej marin idzie po rozum do głowy i, choćby ze względów ekologicznych, zapewnia braci żeglarskiej zaspokajanie podstawowych potrzeb fizjologicznych gratis.
Ciąg dalszy nastąpi
Witamy!
Witamy na blogu o żeglarstwie, znajdziesz tu wiele ciekawych informacji na temat żeglarstwa pisanych przez tych, którzy się tym interesują!


